Agata, Wojtek i Junior

Agata, Wojtek i Junior

Nasza historia dowodzi, że nadzieja umiera ostatnia

- Ja na niego nie spojrzę, idź sam. Jest koło umywalki w łazience.

- (z łazienki) Czarna… a ile czasu minęło?

- (natychmiastowa teleportacja męża do pokoju, gdzie byłam) No bo tu pojawia się druga kreska! Mówiłem Ci, że się uda!

Tak wyglądała ożywiona dyskusja małżeńska jakiś czas temu. Ale cofnijmy się o cztery lata.

2013

Od samego początku byliśmy postrzegani, jako ludzie z dużym poczuciem humoru i rezerwą do życia. Sam fakt wyznaczenia daty ślubu na 1 kwietnia budził spore zdziwienie, ale idealnie pasował do nas: Agaty (zwanej potoczne Czarną) i Wojtka. Już po sakramentalnym „TAK” nasze życie intymne nabrało rumieńców i zrzuciło kajdanki z napisem „uważaj”. Obydwoje bardzo chcieliśmy posiadać dziecko – połączenie rozmachu życia matki, racjonalizmu ojca i wielkiej miłości obojga.

2014

Zalążek niepokoju zasiała we mnie koleżanka z pracy, gdy poinformowałam ją, że mija rok i nic… Otrzymałam od niej namiary do wspaniałego ginekologa, u którego wizyta była określana mianem tak przyjemnej, jak spotkanie na kawę. Przekonałam Wojtka, umówiłam nas i czekałam.

Jak się okazało w trakcie wizyty, rok starania to pierwszy niepokojący alarm. Nawet sympatyczny lekarz nie był w stanie uspokoić rosnącego we mnie niepokoju. Z czasem, po wykonaniu badań, wyszło szydło z worka: za wysokie TSH u mnie i oligoastero-cośtam u Wojtka. Lekarz stwierdził, że kobietę: „można wywrócić hormonalnie na drugą stronę, jak skarpetkę”. Cisza w momencie analizy badań Wojtka była dla nas jak wyrok: sterydy na 3 miesiące, dbałość o doskonałą wentylację „skarbów”, a na koniec brak gwarancji, że to cokolwiek da. Wierząc, że medycyna stawia odważne kroki w andrologii, postanowiliśmy spróbować. Były to najgorsze trzy miesiące dla mojego męża, który odczuwał niemalże wszystkie skutki niepożądane tych leków. Na domiar złego, wyniki pogorszyły się.

Lekarz zaproponował inseminację, a po dwóch próbach tabela wyników krzyczała 2:0!

2015

Kolejnym krokiem było skierowanie nas do kliniki leczenia niepłodności w celu zakwalifikowania się do rządowego programu in vitro. Wyścig szczurów po wolne miejsce zaczął się od wycieczki do Gdyni, która kojarzyła mi się wyłącznie z wielkimi grochami łez. Nie będziemy mieli dziecka, bo wszystkie miejsca były już zajęte!

Światełkiem w tunelu okazała się klinika pod Bydgoszczą, gdzie stanęliśmy w kolejce do „machiny” przyznającej prawo do bycia rodzicem. Wydreptaliśmy sobie miejsce, zrobiliśmy szereg kosztownych badań, zakupiliśmy leki i czekaliśmy na miesiączkę. I czekaliśmy, i dalej czekaliśmy, a ja wariowałam. Tydzień po spodziewanej dacie, Wojtek przyniósł mi test ciążowy. Jakie było moje zdziwienie, gdy ujrzałam pozytywny wynik. I ja, osoba, która ma wszystko zaplanowane, nie zauważyłam jakichkolwiek symptomów? Odrzuciłam niedowierzanie, by zrobić miejsce wielkiej radości, która tak nagle wkroczyła w nasze życie. Odebraliśmy ją jako wskazówkę od Boga, że droga, którą postanowiliśmy wybrać nie była właściwa. Cieszyliśmy się naszym małym szczęściem, które rosło pod moim sercem. Ale krótkie było to doświadczenie.

25 sierpnia, po 6 tygodniach nieobecności u lekarza (nie z własnego wyboru), zdiagnozowano u mnie poronienie wstrzymane. Dzień później przeszłam zabieg. Leżąc na wspólnej sali z kobietami po problemach porodowych, udawałam sama przed sobą, że będzie dobrze. Założyłam maskę i nie pozwoliłam sobie na ból po stracie. Obwiniałam się i stwierdziłam, że to kara za zuchwałość, za próby oszukania natury i zabawy w Stwórcę. Postanowiłam się trzymać i jak najszybciej wrócić do ludzi, do pracy.

Po wizycie kontrolnej usłyszałam od lekarza, że ciało kobiety ma zdolności kodujące i pamięta stan ciąży. Słowa te stały się moją mantrą i jednocześnie czynnikiem, który psuł małżeńskie relacje za każdym razem, gdy przychodziła miesiączka.

2016

Brak zaufania do lekarzy doprowadził mnie do kiepskiego stanu: moje miesiączki zwariowały, a ja byłam wykończona psychicznie. Upłynęło dużo czasu, nim zrozumiałam, że trzeba coś z tym zrobić. Poziom prolaktyny w mojej krwi był oznaczony przez laboranta niepokojącym czerwonym kolorem, co skłoniło mnie to wizyty u endokrynologa. Otrzymałam badziewiasty lek popularny na rynku, który nie naprawił mojej gospodarki hormonalnej. Cykle wydłużyły się do 48 dni i już takie pozostały. Obraziłam się na kolejnego lekarza i stwierdziłam, że co ma być, to będzie.

Równolegle skorzystałam z porad psychologa od leczenia niepłodności. Wspaniała kobieta, która stanęła na mojej drodze przywróciła mi spokój, nauczyła zakotwiczać się w tym, co dobre i zdradziła sekret. Jaki? Dała mi do zrozumienia, że w życiu każdego z nas są jakieś „braki”. Aby je uzupełniać, nie trzeba zazdrościć innym, biec w nieznane i rozpaczać nad własnym stanem. Wystarczy nauczyć się pożyczać. Nie posiadaliśmy dzieciątka, więc braliśmy to, co dawali nam inni: radosny uśmiech bratanka, spojrzenie pełne czułości siostry na swojego syna, czy słowa „kocham Cię ciociu” małej bratanicy. To wystarczyło, by powrócić do względnej normalności.

2017

Potrzeba przelania ogromu miłości, który posiadałam w sercu, skłoniła mnie do poszukiwań. Wiedziałam, że już nigdy nie skorzystamy z procedury in vitro i zastanawiałam się, co dalej. Przez moją głowę coraz częściej przechodziły myśli o adopcji. Wojtek nie był jej przeciwny, ale tak intensywnie dialogował z Bogiem, że odsuwał mnie od tego pomysłu. Równie sceptyczny był, gdy padło słowo NAPROTECHOLOGIA. Bo znowu badania, nowi lekarze, krępujący wywiad … Ja jednak nie dawałam za wygraną. Uparta jak osioł po mamusi ;)

W kwestii leczenia lubię wiedzieć wszystko. Jestem bardzo zadaniowa, muszę posiadać informacje, co mnie czeka, by zadać odpowiednie pytania. Tak było oczywiście i w tym przypadku. Moje myszkowanie po sieci budziło zniechęcenie Wojtka. Wiedział, że nadmiar wiedzy nie zawsze mi służył.

Zaczęło się od obejrzenia relacji par, które dawały świadectwo naprotechnologii. Świetnie – pomyślałam - niektórzy mieli takie problemy, jak my, a już chwalą się pyzatym potomstwem. Kropeczką nad „i” było obejrzenie wypowiedzi małej, uśmiechniętej osóbki o wielkiej charyzmie i staropolskim imieniu Mirosława. Mówiła z takim przekonaniem, że natychmiast chwyciłam telefon i zadzwoniłam do kliniki, w której pracowała. Miałam okazję porozmawiać z nią telefonicznie i jeszcze bardziej utwierdzić się w przekonaniu, że musimy spróbować. Teraz tylko przekonać Wojtyłę…

W styczniu 2017 zapakowaliśmy się w samochód i ze znakiem zapytania z tyłu głowy, ruszyliśmy do kliniki Pro Life w Poznaniu. Tam czekała na nas instruktorka modelu Creightona – pani Mirosława Szymaniak. Zaprosiła nas do przytulnego gabinetu, zaparzyła herbaty i usiadła, jak równy z równym, by posłuchać naszej historii. Miała w sobie taki spokój, a jednocześnie siłę, którym nie sposób było się sprzeciwić. Zasypała nas gradem informacji i krok po kroku wyjaśniła, jak będzie od teraz wyglądać nasze życie.

Czułam się, jak ryba w wodzie: dostałam zadanie! Toaleta – podetrzeć- obejrzeć – zakodować. System ten szybko wszedł mi w nawyk. Wyklejaną kartę uzupełniałam sumiennie przed pójściem spać i zostawiałam w zasięgu wzroku mojej ciekawskiej połówki.

Tak minęły pierwsze trzy tygodnie obserwacji, po których znowu spotkaliśmy się z naszą mentorką. Okazało się, że moje cykle mogłyby konkurować z okresem nieurodzaju i suszy w przyrodzie. Wypatrywana niteczka nie chciała się pojawić, a w mojej karcie świeciło się na zielono. Ale Pani Mirka i tego stanu nie nazwała klęską. Dostałam szereg zaleceń dietetycznych dla siebie i męża oraz cenną radę, by nie tracić nadziei.

Tym razem byłam jak rekin w morzu! W ruch poszły wszystkie książki kucharskie w rodzinie, ćwiczyłam rzuty za 3 punkty do śmietnika wykonywane mąką pszenną i wyzywałam na chleb żytni, który nie wyrastał. Do tego gadałam jak głupi do sera ze swoimi jajnikami i wmawiałam im umiejętności śluzowe. Na naszej lodówce pojawił się wizerunek ślimaka, który miał mi przypominać, że śluz to podstawa. Rozbudziłam w sobie wiarę, pierwszy raz nie zamknęłam nas w wyraźnych ramach czasowych i bawiłam się jak dziecko w wyklejanki zgodnie z założeniami metody. A żeby było tego mało, gdy zrobiłam coś niezgodnie z zaleceniami Pani Mirki, usłyszałam od męża, że na mnie naskarży. No i tak pilnowaliśmy siebie nawzajem: Wojtek wypatrywał bejbusków w karcie, a ja włączałam „trzecie oko” czytając składy wszystkiego, co jedliśmy.

Po 2 wydłużonych cyklach Pani Mircia zasugerowała wizytę u doktora Gratkowskiego. Przywitał nas mężczyzna o powierzchowności misia. Wydawało mi się, że już na samym początku wszedł w ciche porozumienie z moim mężem. Bo jak to możliwe, że jednogłośnie stwierdzili, że cierpię na PMS? Wyniki badań sugerowały, że mam hiperprolaktynemię, co doktor od razu zauważył i przypisał odpowiednie leki. Przyjrzał się także moim nawykom żywieniowym i wycofał z diety elementy, które miały niekorzystny wpływ na produkcję śluzu. Cytryny nie, herbata i kawa niewskazane, pszenica odpada, o mleku zapomnieć.... Jezzzzuniu! Co ja mogę? Na spotkania rodzinne jeździłam wyposażona w rumianek i z porcję żytniego pieczywa dla naszej dwójki. W gronie najbliższych zyskaliśmy miano: „pszenżytnich”, co odrobinę prześmiewczo odnosiło się do naszego trybu życia. Jednak z czasem teściowa przestała zagęszczać sos, a moja mama poznała smak mąki ryżowej i gryczanej. Brawo my! Do pracy targałam 1,5 – litrową flachę wody, bo nawadnianie to podstawa. Co rano łykałam garść leków i obserwowałam postępy. No i jednego, pięknego dnia papier zaczął się ślizgać…

Nasza historia dowodzi, że nadzieja umiera ostatnia. Bóg czasami zrzuca na nasze barki ciężki krzyż, ale gdy go udźwigniemy i się nie poddamy, czeka nas zmiana. Na swojej drodze spotkasz ludzi, którzy wpłyną na Twoją przyszłość. Pokażą Ci, jak pożyczać z korzyścią dla obojga stron. Włożą na nos różowe okulary i namówią, do rzeczy, których byś wcześniej nie zrobiła. Ze swojej strony możemy życzyć, żeby każdy z Was miał okazję spotkać takiego „Anioła na dzieci”, jakim jest Pani Mirka i doktora misia, który rozleje miód swojego doświadczenia na wszelkie medyczne problemy. Kończę swój wywód, bo małe ONO pod moim sercem daje mi znać, że z nim wszystko w porządku, co kończy się sprintem do toalety…

 

Agata, Wojtek i Junior

GODZINY OTWARCIA

poniedziałek 09:00 - 21:00
wtorek 09:00 - 21:00
środa 09:00 - 21:00
czwartek 09:00 - 21:00
piątek 09:00 - 21:00
sobota (wybrane dni) 09:00 - 18:00
niedziela nieczynne

 

KONTAKT

 61 225 99 88  ( w godzinach otwarcia kliniki )
 ul. Kosińskiego 14/1, 61-519 Poznań
 sekretariat@prolifeclinic.pl